W tamtym naszym spotkaniu cóż aż tyle znaczy, 
że ja, ksiądz, piszę teraz, gdy się do firanki 
dobiera świt za wczesny i bełkot poranka, 
wiersz, rzecz jasna, o tobie. Nie chce być inaczej.

Taniec nam mówi prawdę o nas, choć nieprosto - 
często żartuje. Mogę jednak to potwierdzić: 
kiedyśmy wokół siebie wirowali w pędzie, 
dobrze było zależeć od twojego łokcia.

Łokieć lubi parapet. Parapet to okno, 
nie bez ciepłej od butów podłogi. I oto 
dom gotowy. Tam będę ścigał twoje kroki, 
gdy wężem tańca mury wypełnisz od środka.

Jak mucha nietrafiona gazetą, tak przyszłość 
wciąż się myślom wymyka. I nic w tym nowego. 
Jest jednak radość, gdy się pierwszy raz spostrzega 
jak różne drogowskazy dwa nasze nazwiska.